Rozmowa z Tomaszem Mościckim, krytykiem teatralnym, fotografikiem, jurorem XV Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii „Talia”
Bywa Pan na licznych przeglądach i festiwalach teatralnych. Czy Talia na tej mapie jest festiwalem istotnym?
Oczywiście, że tak. Jest to jedyny tego typu festiwal, bardzo konkretnie sprofilowany, poświęcony wyłącznie przedstawieniom, które mają publiczność bawić. Bawić w mądry sposób. I myślę, że teatry chcą tu być zapraszane. To jest normalny festiwal, który na całe szczęście nie jest odstępstwem od pewnej normy czyli daje możliwość skonfrontowania siebie z innymi. Temu przecież służą festiwale. Trzeba też pamiętać, że Polska jest krajem niezbyt szczodrym dla kultury. A jednak w Polsce właśnie niemal każdego dnia odbywa się gdzieś jakiś festiwal teatralny. Pewien mój znajomy, który przybył z dość dalekiego kraju był bardzo zdumiony gdy w moim rodzinnym mieście, czyli w Warszawie pokazywałem mu – tu jest teatr, tu jest teatr i tam jest teatr. A tu był kiedyś. A on w końcu powiedział coś, co chyba jest prawdą – teatr w waszym kraju zajmuje chyba niesłychanie ważną pozycję. A więc w naszym kraju jest bardzo „teatralnie”, a „Talia” jest ważnym festiwalem.
Skoro tak, to skąd to narzekanie, że w teatrze nie ma widzów?
To chyba nie jest prawda, że nie ma widzów. Widza nie ma, jeśli nie interesuje go to, co mu się proponuje. Ja znam przykłady spektakli które „idą” po trzysta razy. I naprawdę trudno w tym wypadku powiedzieć, że nie ma publiczności. Przecież w tarnowskim teatrze, każdego dnia gdy tu przybywamy, widz jest, sala jest pełna. Naprawdę nie można narzekać. Moim zdaniem nie istnieje coś takiego jak kryzys publiczności. Nastąpiła naturalną koleją rzeczy zmiana pokoleniowa. W tej chwili do teatru przychodzi coraz więcej młodych ludzi. To oczywiście cieszy, że się interesują choć ja zawsze twierdzę, że oni mają ogromnego pecha nie mogąc zobaczyć tego teatru, który ja jeszcze mogłem oglądać. Teatru tworzonego przez wybitnych ludzi. Widownia tego teatru, który ja pamiętam była widownią niesłychanie wymagającą. Należy żywić nadzieję, że ci młodzi ludzie też będą taką publicznością. Powiedziałem kiedyś jednemu z bardziej znanych reżyserów – Grzegorzowi Jarzynie, że kultura to nie jest coś takiego jak napój – odkręcasz i masz. Uczestniczenie w kulturze jest tak naprawdę niezwykle ciężką, codzienną pracą nad samym sobą. Nie da się wchodzić w kulturę bezkarnie. Dorobek kulturalny naszego kontynentu to kilka tysięcy lat. My, pojawiając się na tej ziemi, nikomu nie zrobiliśmy łaski. I warto jest poznać to, co było przed nami. Choćby z tego powodu, by uniknąć błędów, które swego czasu już popełniono. Może wtedy byłoby nam troszkę lepiej. Ale jak mawiał mój wielki nauczyciel Zbigniew Raszewski – historia jest nauczycielką życia, ale nie zawsze jest kogo uczyć.
Zna Pan prezentowane sztuki, widział Pan pewnie większość spektakli jeśli nie wszystkie. To pomaga w ocenie czy przeszkadza?
Jeżeli chodzi o spektakle, widziałem wcześniej tylko dwa. Większość z tych rzeczy jest dla mnie nowością. Ale niezależnie od tego, czy widziałem czy nie, zawsze patrzę z ciekawością. Ciekawością związaną głównie z tym, jak zmiana miejsca wpływa na to, co się na scenie dzieje. Zawodowy poziom spektaklu poznaje się po tym, że on nie bardzo ulega odkształceniu w stosunku do pierwotnego kształtu. Czyli ci, którzy oglądają przedstawienie w mieście B mogą mieć pewność, że otrzymali do spożycia ten sam produkt, który produkowany i serwowany jest w mieście A. I muszę przyznać, że te dwa spektakle, które widziałem już wcześniej niewiele się odkształciły. Można powiedzieć, że odkształciły się w granicach dopuszczalnej tolerancji.
Czy w polskich teatrach gra się jeszcze polskie komedie, choćby Zapolską czy Mrożka?
Swego czasu pani Agnieszka Olsten, bardzo modna reżyserka, powiedziała, że „my nie gramy Mrożka bo nie mówimy już pełnymi zdaniami”. Może pani Olsten nie mówi już pełnymi zdaniami, ale stosowanie takich kwalifikatorów jest szalenie niebezpieczne. Mrożek to jest bardzo inteligentny autor i potrzebuje bardzo inteligentnych reżyserów. A z tym jest problem. Widziałem raz Mrożka – bardzo zawodowo zrobione przedstawienie, w którym reżyser postanowił być mądrzejszy od autora. Zresztą ja nie mam dobrego zdania o najgłośniejszych dzisiaj reżyserach. To, co oni pokazują, myśmy pokazywali sobie 20 lat temu w szkole teatralnej jako dowcip. Koledzy aktorzy szli potem na swoje zajęcia, koledzy reżyserzy na swoje, a my, teatrolodzy in spe, wiedzieliśmy, że to jest żart. Dzisiaj okazuje się, że to co uważaliśmy za żart jest teraz traktowane śmiertelnie poważnie, przy czym położyłbym szczególny nacisk na słowo „śmiertelnie”... Coś się takiego stało w ciągu ostatnich paru lat, że ogólne IQ naszego społeczeństwa obniżyło się o jakieś 10-12 punktów.
Natomiast Zapolska przez wiele, wiele sezonów pojawiała się w każdym niemal polskim teatrze. Albo inaczej – przez wiele, wiele sezonów nie było takiego teatru w Polsce, w którym nie zagrano by „Moralności pani Dulskiej”. Ale w przypadku Zapolskiej dochodzi jeszcze konieczność znajomości kontekstu epoki, bo nie jest tak, że coś można sobie po prostu, ot tak z epoki wyrwać. 10 lat temu, tutaj, na „Talii”, widziałem „Moralność pani Dulskiej” w reżyserii Anny Augustynowicz i do dzisiaj bolą mnie zęby kiedy pomyślę o tym spektaklu. Było to przedstawienie wyjątkowo niemądre. Nie ma sensu odzieranie klasycznego tekstu z realiów obyczajowych, zwłaszcza tak mocno wdrukowanych w tekst. Bo wszystko wtedy wisi w powietrzu. I nie jest prawdą, że widownia jest taka głupia, że nie będzie w stanie tego pojąć. Widownię trzeba umieć przekonać, nauczyć ją już w trakcie przedstawienia, co to jest konwencja tak, by ona to kupiła. I to wtedy „chodzi”. Granie Zapolskiej, tak jak granie Mrożka wymaga najwyższej zawodowej miary. A wracając do pytania to owszem, tzw. Klasyka wciąż pojawia się w polskich tetrach, chociaż bardzo rzadko.
Czy fotografia, Pana pasja związana jest z teatrem?
Nie! Ja jestem fotografem krajobrazów. Nie wchodzę do teatru z aparatem, bo nie może praca zawładnąć całym życiem, a ci, którzy poświęcają się tylko jednemu są mało ciekawi. Musi być jakaś równoważnia, jakaś odskocznia. Ja jestem trochę jak rolnik – uzależniony od pogody. Dobra – zajmuję się fotografią, zła – robię co innego. Jestem krytykiem teatralnym, coraz bardziej zajmuje mnie historia teatru. Muszę na to wszystko znaleźć czas, bo najważniejsze, to się nie nudzić. Ja boję się w życiu dwóch rzeczy: zniedołężnienia i nudy.
Przeczytamy gdzieś o Talii?
Ja nie mogę nic napisać i nie napiszę. Nie mogę jako juror. Byłoby to wbrew temu, co mnie uczono, a uczyli mnie bardzo mądrzy ludzie i nie widzę powodu, aby odstępować od tych zasad. Może ktoś inny coś napisze. Ja nie.
Czy jest coś, o co nikt nie pyta, a o co Pan chciałby być zapytany?
Czy mam poczucie humoru.
A więc – czy ma Pan poczucie humoru?
Jak czasem. Stefania Grodzieńska napisała kiedyś coś, co chętnie teraz przytoczę: „Mam ogromne poczucie humoru. Ono jest tak ogromne, że śmieję się w głos, gdy ktoś ośmieli się poddać w wątpliwość moje poczucie humoru”. Można tak i mnie oceniać, aczkolwiek nie mi to robić. Ale postrzegany jestem jako człowiek z poczuciem humoru, choć nie jest ono najbardziej życzliwe światu.