Najważniejsza jest pasja
Z Krzysztofem Onakiem, absolwentem III LO w Tarnowie, byłym Mistrzem Świata w programowaniu komputerowym, obecnie pracownikiem naukowym uniwersytetu w Pittsburghu rozmawiał Piotr Filip
Pana nazwisko stało się znane kilka lat temu, gdy wygrał Pan Akademickie Mistrzostwa Świata w programowaniu komputerowym
To było już ponad siedem lat temu, w roku 2003. Mistrzostwo Świata zdobyliśmy wspólnie z dwoma kolegami z Uniwersytetu Warszawskiego, gdyż rywalizacja odbywała się w trzyosobowych zespołach. Ja także byłem wówczas studentem Uniwersytetu Warszawskiego.
Ani wówczas, ani dzisiaj nie jest Pan jednak w Tarnowie osobą szerzej znaną. Pewnie niewiele osób wie, że jest Pan tarnowianinem
Czuję się tarnowianinem, choć urodziłem się w Krakowie. Kiedy przyszedłem na świat, moi rodzice w tym mieście studiowali. Do Tarnowa trafiłem z rodzicami jako małe dziecko i wszystkie moje wspomnienia wiążą się właśnie z Tarnowem, gdzie mieszkałem do czasu rozpoczęcia studiów.
Zanim został Pan jednak studentem, był uczniem tarnowskich szkół
Zaczynałem edukację w Szkole Podstawowej nr 18. Później, w związku z przeprowadzką, uczyłem się w Szkole Podstawowej nr 10, a po jej ukończeniu w III Liceum Ogólnokształcącym.
Czy już wówczas był Pan przekonany, że informatyka będzie pańskim życiowym wyborem
Właściwie tak. Moje zainteresowania zaczęły się kształtować bardzo wcześnie. Na początku uczyłem się głównie sam z książek. W liceum uczyłem się w klasie matematyczno-informatycznej. Wówczas też po raz pierwszy wystartowałem w Olimpiadzie Informatycznej. W czasie nauki w liceum dwa razy byłem laureatem pierwszego miejsca na etapie ogólnopolskim. W efekcie dwukrotnie uczestniczyłem w Międzynarodowej Olimpiadzie Informatycznej. W roku 1999 roku w Antalyi zdobyłem brązowy medal, a w 2000 roku w Pekinie złoty medal. Byłem jednym z czwórki Polaków, którzy uczestniczyli w tych konkursach
Co trzeba umieć, aby wygrać taką olimpiadę? Na czym polega rywalizacja?
Na rozwiązywaniu zadań. Wszyscy rozwiązują te same zadania, czas na uporanie się z nimi to zazwyczaj pięć godzin. Trzeba np. w sieci autostrad znaleźć najkrótszą drogę pomiędzy miejscowościami A i B. Efektem pracy jest program komputerowy, który sprawdza jury.
Mając medale olimpiad mógł Pan zapewne wybrać miejsce i kierunek studiów?
Mogłem i wybrałem Uniwersytet Warszawski. W przypadku informatyki, były to wówczas - i przypuszczam, że nadal są - najlepsze studia w Polsce. Spotkałem na uniwersytecie wielu kolegów, laureatów olimpiad informatycznych. Na jednym roku studiowało 120 osób, ale z Tarnowa byłem tylko ja.
Wróćmy jeszcze do Akademickich Mistrzostw Świata, bo to chyba największe osiągnięcie w okresie studenckim. Trudno było zakwalifikować się na ten wyjazd?
Trudno. Od początku studiów starałem się zakwalifikować do światowego finału. Po dwóch nieudanych podejściach, ostatecznie udało się to razem z
Tomkiem Czajką ze Stalowej Woli i
Andrzejem Gąsienicą-Samkiem z Warszawy, których znałem jeszcze z czasów szkoły średniej. Największymi rywalami w drodze do finału konkursu zawsze były inne zespoły z Uniwersytetu Warszawskiego. Natomiast w finale musieliśmy pokonać około 70 zespołów wyłonionych spośród 3 850 z całego świata. Jeśli chodzi o formułę mistrzostw, to była ona podobna do znanej nam już z olimpiad szkolnych. Też w określonym czasie należało rozwiązać pewna liczbę zadań, z tym, że liczyła się praca zespołowa, bo na trzyosobowy zespół mieliśmy jeden komputer. W moim odczuciu nasz sukces był możliwy zarówno dzięki naszym umiejętnościom, jak i dzięki temu, że mieliśmy bardzo dobry dzień. Sam potencjał nie wystarczy, w finale wszystkie zespoły są świetne. Dlatego ważne jest, aby być konkretnego dnia w jak najlepszej dyspozycji. Warto dodać, że w 2007 roku nasi młodsi koledzy z Uniwersytetu Warszawskiego ponownie wygrali te same Akademickie Mistrzostwa Świata w Programowaniu.
Pana nie było już wówczas ani w Warszawie, ani w Polsce. Pisał pan doktorat na amerykańskiej uczelni
Studia na UW skończyłem w 2005 roku. Chciałem zająć się pracą naukową. Gdyby nie udało się wyjechać do USA, prawdopodobnie doktoryzowałbym się w Warszawie. Złożyłem jednak kilka aplikacji na amerykańskie uczelnie i otrzymałem zaproszenie z Massachusetts Institute of Technology, które zaakceptowałem. Po pięciu latach pracy, wiosną ubiegłego roku, obroniłem swoją pracę doktorską
Czy można językiem zrozumiałym dla laików wytłumaczyć czego ona dotyczyła?
To praca z zakresu informatyki teoretycznej. Tytułu nie odważyłbym się zacytować, ale ogólnie można powiedzieć, że chodzi o algorytmy służące do przetwarzania dużych zbiorów danych. Zamiast analizować wszystkie dane i tracić sporo czasu, algorytmy te pozwalają pobierać małe próbki danych i na ich podstawie rozwiązywać problemy. Nasuwa się tutaj pewna analogia z sondażami wyborczymi. Kiedy chcemy wiedzieć na kogo zagłosują Polacy w wyborach, nie pytamy wszystkich uprawnionych o ich preferencje wyborcze, ale zadajemy to pytanie niewielkiej reprezentatywnej próbce wyborców. Podobnie, choć w zupełnie innej dziedzinie, jest z problemami, nad którymi ja pracuję.
Uzyskał Pan dyplom i zmienił miejsce pracy. Teraz pracuje Pan na uniwersytecie w Pittsburghu
Otrzymałem dwuletnie stypendium badawcze w Carnegie Mellon University. Miałem propozycję z kilku świetnych miejsc, ale ostatecznie po długim namyśle podjąłem decyzję o przeniesieniu się do Pittsburgha. Nie wykluczam, że w przyszłości wrócę do Polski, ale na podjęcie takich decyzji mam jeszcze czas i na razie koncentruję się głównie na pracy naukowej.
Odniósł Pan zawodowy sukces. Czy może on być udziałem także tych młodych ludzi, którzy dziś siedzą w ławkach tarnowskich liceów?
Sądzę, że jak najbardziej. Podstawowym jego warunkiem jest jednak to, by mieć jakąś pasję, jak najwcześniej określić swoje zainteresowania i wiedzieć, co chce się robić. Jeżeli chodzi o Stany Zjednoczone, zawsze były otwarte na młodych, zdolnych ludzi zza granicy. W grupie, w której studiowałem, większość osób urodziła się poza USA.
A bariera finansowa?
Nie sądzę, żeby była aż takim problemem. Jeżeli chodzi o doktorantów, to zazwyczaj nie płacą za swoje studia i na dodatek otrzymują stypendia, z których mogą spokojnie się utrzymać. Ja także nie płaciłem za studia i na pewno nie byłoby mnie na to stać. Jeżeli chodzi o zwykłych studentów, te najlepsze uczelnie mają też często cały system stypendiów, wspomagających tych najwybitniejszych, których nie stać na studia. Jeden z moich znajomych pochodzi z Mołdawii. To dosyć biedny kraj i jego rodzice nie byliby w żadnym wypadku w stanie wspomóc go na studiach, a mimo to wyjechał po szkole średniej na amerykańską uczelnię
Również w Tarnowie coraz głośniej mówi się o aspiracjach związanych z tworzeniem ośrodka akademickiego. Myśli Pan, że Tarnów może być prężnym ośrodkiem akademickim?
Zapytałbym raczej, a dlaczego nie może? To dopiero początek bardzo długiej drogi, ale każda uczelnia rozpoczynała kiedyś od zera. Nie da się stworzyć od razu uniwersytetu z kilkudziesięcio, czy kilkusetletnią tradycją. Ale to nie powód, aby nie robić niczego.
Dziękuję za rozmowę
15.02.2011