Fachowcy odchodzą, widzowie pozostają

Rozmowa z
Pauliną Holtz, uczestniczką Ogólnopolskiego Festiwalu Komedii „Talia”
Witamy w Tarnowie po raz drugi.
Nie jestem pewna, czy już tutaj byłam. Ale jak się dowiem z jakim spektaklem, to na pewno sobie przypomnę.
„Słomkowy kapelusz”. W 2005 roku.
A faktycznie. Ale niestety najczęściej to jest tak, że przyjeżdżamy gdzieś, gramy i wyjeżdżamy. Nawet człowiek nie bardzo wie, gdzie był. Dzisiaj, kiedy jechaliśmy przez Tarnów mówiłam „jak tu ładnie”, a okazuje się, że już to kiedyś widziałam. Ale tym razem też zaraz po spektaklu wyjeżdżamy, bo jutro od bladego świtu mamy zdjęcia w Warszawie więc musimy dojechać. Tak to najczęściej wygląda.
„Słomkowy kapelusz” to przedstawienie duże i z rozmachem. To dzisiejsze jest małe i kameralne, trochę wymuszone przez teatr, którego nie ma. Czy ma Pani jakieś preferencje w tej kwestii – woli Pani takie duże przedsięwzięcia, czy też takie właśnie małe i spokojne. Czy może jedno i drugie, to po prostu praca, którą należy solidnie wykonać?
Naszego teatru też nie było przez jakiś czas. Stąd zresztą zrodził się pomysł na ten właśnie, dzisiejszy spektakl. A z tymi „wielkościami” to jest bardzo różnie. „Słomkowy” był fantastycznym, zespołowym spektaklem. Taka siła, która daje praca zespołowa i zespół który musi się zgrać idealnie, to dla mnie było fascynujące doświadczenie. Ja, gdybym nie robiła tego co robię, albo gdybym miała w jakimś następnym wcieleniu wybrać ukochany zawód, to bardzo chciałabym tańczyć. I praca przy „Słomkowym” była taką właśnie pracą jaką lubię – trzeba było być bardzo czujnym na rytm i na partnerów. Ale dzisiejszy spektakl też wymaga od nas bardzo dużego poczucia rytmu, a że nasz reżyser jest wykształcony muzycznie, bardzo nas pod tym względem dyscyplinuje. Przy tym spektaklu wykonywaliśmy zupełnie inny rodzaj pracy. To jest spektakl kameralny, jego przygotowywania odbywały się w warunkach pozateatralnych. Próby odbywały się w Warszawie w różnych dziwnych salach. Dopiero później przeniesiony został na prawdziwą scenę. Ale gdy zapadła decyzja, że nawet w teatrze będziemy grać na małej sali, to bardzo nas to ucieszyło. Dzisiaj, z doświadczenia już wiem, że temu przedstawieniu bardzo sprzyja niewielka przestrzeń i blisko kontakt z widzami. Im mniejsze te sale, tym lepiej jakoś to wszystko działa. Spektakl bardzo na tym zyskuje.
Wygląda na to, że Tarnów dobrze „wstrzelił się”z remontem teatru, bo gdyby nie on, nie wiadomo, czy mielibyśmy okazję obejrzeć wasz spektakl.
Najzabawniejsze jest to, że przedstawienie powstało również poniekąd dzięki remontowi. Gdy brakło teatru, chcieliśmy się jednak wciąż spotykać, coś robić, mieć kontakt z materią teatralną. Szukaliśmy więc odpowiedniego tekstu tak długo, aż wreszcie go znalazłyśmy.
Jakim cudem na festiwalu komedii znalazł się Ionesco?
Nie mam pojęcia. Jest to niewątpliwie dramat komiczny w pełnym tego słowa znaczeniu. Trzeba przyznać, że pierwsza część - „Lekcja” faktycznie nie jest zbyt zabawna. Ale druga, czyli „Szaleństwo we dwoje”, zawiera tak śmieszna dialogi, że ja siedząc w garderobie i słysząc je przez intercom, za każdym razem tak samo dobrze się bawię. Mam nadzieję, że równie dobrze bawią się widzowie.
To nie jest łatwy teatr, zresztą Ionesco jest kojarzony z teatrem ciężkim, trudno dostępnym, teatrem absurdu. Wydaje mi się jednak, że udało nam się stworzyć przedstawienie, które jest zrozumiałe. I z takimi opiniami się spotykamy – że przedstawienie jest proste w odbiorze, choć mówi i rzeczach poważnych. Sądzę jednak, że Ionesco się bardzo uaktualni, z czasem stracił na absurdzie, a zyskał na normalności co jest trochę przerażające. W dodatku ja i mama jesteśmy obsadzone dość przewrotnie w roli profesora i uczennicy i to się okazuje zabiegiem, który jest zupełnie naturalnie przyjmowany. Dla obecnych widzów, fakt że młodzież uczy starych, a starość jest traktowana jako głupota, nieudolność, niewiedza i niemoc czyli coś, co należy wyeliminować. Ten nasz zabieg był właśnie po to, by zmusić do zastanowienia na tym co się dzieje i w jakim świecie żyjemy. I to się okazało strzałem w dziesiątkę. Nie jest to na pewno komedia do tarzania się po ziemi ze śmiechu, ale i nie o to musi w komedii chodzić. Pod tym względem Ionesco jest ciekawostką – jest zabawny, ale ma też pod spodem ogromne pokłady dramatu.
Często zdarza się, że gracie Państwo dwa spektakle pod rząd?
Prawdę mówiąc po raz pierwszy. I to trochę budzi nasz niepokój, ale dzielnie mobilizujemy siły. To przedstawienie wbrew pozorom nie jest dla nas łatwe, lekkie i przyjemne. Takie ma być dla widzów. Nas kosztuje sporo wysiłku, ale myślę, że damy radę.
Czy hasło „Talia” coś mówi?
Mówi, ale jeszcze więcej mówi zestawienie Tarnów – „Talia”. Wtedy każdy już wie, o co chodzi.
Nagrodę główną przyznaje publiczność. Myśli Pani, że to dobry pomysł?
Jak najbardziej. Komedia jest bardzo specyficznym rodzajem sztuki, jeśli chodzi o odbiór. Mam głębokie przekonanie, że w ostatecznym rozliczeniu to widzowie tworzą spektakl komediowy. Można nie wiadomo jak się starać i nie wiadomo co robić, ale dopiero jak przyjdzie widownia to spektakl się staje komedią. Tak naprawdę to przecież widzowie wiedzą, czego chcą i to widzowie wypełniają sale teatralne, a nie krytycy czy recenzenci. Największa i najcenniejsza nagroda, to reakcja widowni, brawa w trakcie i brawa po. Nie recenzje i opinie fachowców. Fachowcy odchodzą, a widzowie pozostają.
13.10.2010